|
Przyjaciołom. Bo życie w formie sfabularyzowanej jest mniej nieznośne. M. "Musisz być bardzo zapracowana i dlatego się nie odzywasz" – wyrozumiale domyślił się L. w swoim liście z Szanghaju, gdzie świetnie się bawi, studiując na latającym uniwersytecie. "Daj znać, jak już zostaniesz kobietą roku w Irlandii!" Nie tylko nie zostalam kobietą roku, ale grozi mi wręcz, że zostanę kobietą bezrobotną. Na skutek różnic kulturowych, najoględniej mówiąc. Mogłam je przewidzieć dużo wcześniej, ale zawiodła mnie inteligencja emocjonalna. Zaczęło się przed wylotem. Walizki spakowane, samolot zatankowany, a ja nadal nie wiem czy ktoś mnie odbierze z lotniska w Dublinie. Komórki pracodawców milczą – może zatrudnili mnie do obozu pracy (takiego, powiedzmy, bardziej wyszukanego, niż zbieranie truskawek; w końcu obozy pracy biurowej też mogą istnieć, właśnie z jednego się zwolniłam), wpadli w ręce gardai, a ja lecę w roli świadka koronnego? Jak mogłam być tak naiwna, żeby zaufać obcokrajowcom, których widziałam tylko raz na dziesiątym piętrze dawnego Hotelu Forum, spakować się do dwóch walizek i wyobrazić sobie, że oto wyruszam w podróż życia? Brr, musiałam uspokoić się popularnym remedium na nerwy, wytwarzanym na bazie wiśni. Wiśnie to cudowne owoce, już po chwili dostaję dwa telefony z Irlandii. Wg pierwszego odbierze mnie samochód z kierowcą, wg drugiego – żona jednego z szefów. Warszawa żegna mnie ulewą, ja odwdzięczam się jej krokodylimi łzami. Na Grochowie zaczyna się szary lutowy poranek. Nie wiem, jakim wieczorem się skończył. Upłynie wiele miesięcy, zanim znów obudzę się na Grochowie. W samolocie staram się nadrabiać miną, ale marnie mi idzie. Chłopak na siedzeniu obok najwyraźniej ma ochotę opowiedzieć mi całe swoje życie. Ja mam ochotę wypchnąć go za okno w błękit nad kanałem La Manche (o ile w ogóle lecimy nad kanałem La Manche). Nic nie obchodzą mnie jego przygody z fabryki mrożonek w Walii. Obchodzi mnie własny smutek. Chcę w spokoju zanurzyć się w tęsknocie za opuszczonym krajem przodków i przyjaciół i doprawdy nie potrzebuję do tego opisu technologii mrożenia groszku na drugiej zmianie. Grzecznie wysłuchuję do końca opowieści snutej z sąsiedniego fotela. W epilogu dowiaduję się, że mrożonki to banał. Dopiero produkcja soków w kartonach jest naprawdę ekscytująca! Na szczęście koła samolotu uderzają z impetem o płytę lotniska. Jest piękne lutowe popołudnie. Nawet nie zauważyłam, kiedy zyskałam godzinę życia. W hali przylotów czeka na mnie ładna blondynka w zaawansowanej ciąży. Poznaję po kartce z moim imieniem. Napis jest koślawy, imię przekręcone, ale co tam! Jeśli ktoś czeka na was na lotnisku, dworcu, ewentualnie wypatruje przez okno – jest zupełnie nieźle. Postanawiam nie oglądać się za siebie, nie szlochać. Co mi tam mazowieckie wierzby! Teraz przechadzać się będę wśród azalii i rododendronów, opalać na plaży w Killney, po której Bono spaceruje ze swoim psem (czy Bono ma psa?), a bułki kupować w tej samej piekarni, co Daniel Day-Lewis. Może nawet wpadnę na Enyę, ćwicząc jogę o zachodzie słońca? Walizki mam ciężkie jak grzechy Hitlera. Za nadbagaż zapłaciłam majątek. Kto wie, czy nie taniej byłoby kupić garderobę na miejscu. Bogu dzięki gadatliwy nadal tu jest i pomaga zapakować torby do forda. Ruszamy do Artane (Dublin nr 5), gdzie M. i G. czekają z obiadem. Przygarnęli mnie na kilka dni, zanim znajdę mieszkanie. Jestem szczęściarą, nie muszę nocować w hostelu w towarzystwie nieznanych osobników. Kręci mi się w głowie, nie dociera, że właśnie przeprowadziłam się do innego kraju. Czuję się, jakbym wylądowała na obcej planecie. M. mówi, że mieszkańcy Irlandii to kosmici. Mam pierwsze objawy szoku kulturowego, tylko jeszcze o tym nie wiem. Opuszcza mnie poczucie humoru. Narasta uczucie izolacji, sprzeciwu i odrzucenia tutejszej rzeczywistości. W chorej złości odkrywam, że trawa jest tu mniej zielona, ptaki fałszują, mydło się nie pieni, a w powietrzu wisi lepka wilgoć. Słońce na pewno jest sztuczne. Wkrótce wypadną mi zęby i włosy, a skóra pomarszczy się jak na wyschniętej pomarańczy. Choroba emigracyjna rozwija się błyskawicznie. Gorączkuję, organizm zachowuje się jak zegarek, w którym pękła sprężyna. Jestem jak Nel wśród białozębych Beduinów przed zażyciem chininy. Piszę przygnębiające listy do Polski. M. obiecuje dać na mszę w Krakowie w mojej intencji. Jak będzie bardzo źle – przyśle helikopter. Na diagnozę mojego stanu natrafię przypadkiem w internecie. Pierwszej nocy w Dublinie zasypiam wypróbowanym sposobem. Niezgodnie z zaleceniami lekarzy. Name:
Komentarze: |