e-migracja e-mki

Niebo nad D4, w porywach nad D6


Link3490 22.05.2007 :: 22:00 Komentuj (8)









Na plaży w Bray


Link3490 11.05.2007 :: 11:42 Komentuj (4)

Kilkanaście minut kolejką DART za Dublinem...







Let's blog


Link3489 04.05.2007 :: 14:32 Komentuj (2)

Zycie w Irlandii uczy, ze chronologia wydarzen, nawet w biznesie, nie jest niezbedna, zeby byc zadowolonym i odnosic sukcesy. Osoby nerwowo trzymajace sie narracji linearnej (w koncu zycie plynie nam do przodu, a nie wstecz!) sa postrzegane jako archaiczne, out of date, niedopasowane po prostu. Tak wiec – na retrospekcje pierwszych tygodni zycia na wyspie przyjdzie jeszcze czas.

Kilka dni temu uczestniczylam w konferencji , na ktorej dowiedzialam sie, ze pisanie bloga to bardzo nowoczesne i polecane narzedzie marketingowe do budowania sily marki. Business bloging is a must, a jesli nie mozna nas wygooglac (bo slowo „google” jest juz czasownikiem, gdbyscie przegapili ten fakt), to znaczy, ze nie istniejemy. Pomyslec, ze jeszcze niedawno mowilo sie to samo o telewizji : )

Blogi pisza Bill Marriott i Bill Gates. Nie jestem pewna, czy Bill Clinton tez? Blogomania opanowala biznes, media, polityke. Myslalam, naiwnie, ze to signum temporis - ludzie w czasach zarazy zwanej samotnoscia zapragneli byc blizej siebie, otworzyc sie przed nieznanymi bracmi i siostrami. Wspaniala technologia umozliwila nam rewolucje podobna do tej z lat 60-tych ubieglego juz wieku. Z ta roznica, ze zamiast biegac nago z kwiatami we wlosach, grupowo konsumowac LSD i bezproduktywnie kontestowac – siedzimy w zaciszu wlasnych domow i pracowicie stukajac w klawiatury – otwieramy dusze. Dusze nastepnie wedruja do ogolnoswiatowej sieci (world wide web) i kazdy moze je tam zlowic, ewentualnie kupic, poznac, a moze i pokochac? Z dusza mozna korespondowac (napisz do mnie, ksiega gosci, wyslij wiadomosc), mozna ja odwiedzac, zapisac w ulubionych, polecic znajomym. Niebo ma adres www.www.www.

I tak sobie marzylam, ze nastala era otwartosci, szczerosci i milosci. Kazimierz Marcinkiewicz to brat-lata (jak moglam nie glosowac na jego partie?!), Ryszard Czarnecki – ostatni sprawiedliwy (tyle zaslug w Europarlamencie), Michal Wisniewski – autentyczny talent (musze na nowo przemyslec jego teksty). Ha, a tu mi nagle mowia, ze bloging to tylko narzedzie marketingowe. Blog ma miec strategie i etykiete. Ma dostarczac korzysci. Jesli pisze go ja, e-mka, to mam pisac tak, zeby od razu bylo wiadomo, ze jestem liderka mysli (a thought leader). Powinnam ujawnic swoje imie i nazwisko – inaczej nie zbuduje marki personalnej. Mojego bloga maja kochac przegladarki internetowe (czyli mam tez byc swatka). Nie wolno mi zmarnowac jego potencjalu, powinnam pisac regularnie, bo inaczej strace wiarygodnosc i klienci nie bede kupowac moich produktow. Nie powinam jednak ujawniac zadnych sekretow, bo moge wprawic kogos w zaklopotanie i zle mu sie bede kojarzyc. Absolutnie nie wolno wprawiac w zaklopotanie! Najlepiej, zebym stworzyla swoja polityke blogowania, to bede wiedziala, o co mi chodzi. Blog powinien tez miec atrakcyjny wyglad, bo wiadomo – jak cie widza, tak cie pisza (czyt. jak cie pisza, tak cie widza).

Chyba bede musiala zaczac pisac bloga sluzbowego, inaczej moja firma nie odniesie sukcesu. Jak uciagne dwa blogi? Musze ulozyc o sobie haslo w wikipedii, wkleic moje zdjecia do flickr-a, opisac kariere zawodowa w LinkeIn-ie i nagrac kilka podcastow, ktore mozna skopiowac do iPoda. Uff, dobrze, ze poszlam na te konferencje, inaczej nadal mialabym przesady. Mam nadzieje, ze dostarczam Wam jakichs korzysci : ( ? Jesli nie, to usuncie mnie z ulubionych.


Jak witraż


Link3492 26.04.2007 :: 10:49 Komentuj (4)



Klatka schodowa jak witraż. Nizinna 8, Grochów (W-wa), lipiec 2006

Phoenix Park


Link3490 21.04.2007 :: 12:22 Komentuj (0)







Wyjeżdżam


Link3489 17.04.2007 :: 23:02 Komentuj (0)

Przyjaciołom.
Bo życie w formie sfabularyzowanej jest mniej nieznośne.
M.

"Musisz być bardzo zapracowana i dlatego się nie odzywasz" – wyrozumiale domyślił się L. w swoim liście z Szanghaju, gdzie świetnie się bawi, studiując na latającym uniwersytecie. "Daj znać, jak już zostaniesz kobietą roku w Irlandii!"
Nie tylko nie zostalam kobietą roku, ale grozi mi wręcz, że zostanę kobietą bezrobotną. Na skutek różnic kulturowych, najoględniej mówiąc. Mogłam je przewidzieć dużo wcześniej, ale zawiodła mnie inteligencja emocjonalna.
Zaczęło się przed wylotem. Walizki spakowane, samolot zatankowany, a ja nadal nie wiem czy ktoś mnie odbierze z lotniska w Dublinie. Komórki pracodawców milczą – może zatrudnili mnie do obozu pracy (takiego, powiedzmy, bardziej wyszukanego, niż zbieranie truskawek; w końcu obozy pracy biurowej też mogą istnieć, właśnie z jednego się zwolniłam), wpadli w ręce gardai, a ja lecę w roli świadka koronnego? Jak mogłam być tak naiwna, żeby zaufać obcokrajowcom, których widziałam tylko raz na dziesiątym piętrze dawnego Hotelu Forum, spakować się do dwóch walizek i wyobrazić sobie, że oto wyruszam w podróż życia?
Brr, musiałam uspokoić się popularnym remedium na nerwy, wytwarzanym na bazie wiśni. Wiśnie to cudowne owoce, już po chwili dostaję dwa telefony z Irlandii. Wg pierwszego odbierze mnie samochód z kierowcą, wg drugiego – żona jednego z szefów.
Warszawa żegna mnie ulewą, ja odwdzięczam się jej krokodylimi łzami. Na Grochowie zaczyna się szary lutowy poranek. Nie wiem, jakim wieczorem się skończył. Upłynie wiele miesięcy, zanim znów obudzę się na Grochowie.
W samolocie staram się nadrabiać miną, ale marnie mi idzie. Chłopak na siedzeniu obok najwyraźniej ma ochotę opowiedzieć mi całe swoje życie. Ja mam ochotę wypchnąć go za okno w błękit nad kanałem La Manche (o ile w ogóle lecimy nad kanałem La Manche). Nic nie obchodzą mnie jego przygody z fabryki mrożonek w Walii. Obchodzi mnie własny smutek. Chcę w spokoju zanurzyć się w tęsknocie za opuszczonym krajem przodków i przyjaciół i doprawdy nie potrzebuję do tego opisu technologii mrożenia groszku na drugiej zmianie.
Grzecznie wysłuchuję do końca opowieści snutej z sąsiedniego fotela. W epilogu dowiaduję się, że mrożonki to banał. Dopiero produkcja soków w kartonach jest naprawdę ekscytująca! Na szczęście koła samolotu uderzają z impetem o płytę lotniska. Jest piękne lutowe popołudnie. Nawet nie zauważyłam, kiedy zyskałam godzinę życia.
W hali przylotów czeka na mnie ładna blondynka w zaawansowanej ciąży. Poznaję po kartce z moim imieniem. Napis jest koślawy, imię przekręcone, ale co tam! Jeśli ktoś czeka na was na lotnisku, dworcu, ewentualnie wypatruje przez okno – jest zupełnie nieźle. Postanawiam nie oglądać się za siebie, nie szlochać. Co mi tam mazowieckie wierzby! Teraz przechadzać się będę wśród azalii i rododendronów, opalać na plaży w Killney, po której Bono spaceruje ze swoim psem (czy Bono ma psa?), a bułki kupować w tej samej piekarni, co Daniel Day-Lewis. Może nawet wpadnę na Enyę, ćwicząc jogę o zachodzie słońca?
Walizki mam ciężkie jak grzechy Hitlera. Za nadbagaż zapłaciłam majątek. Kto wie, czy nie taniej byłoby kupić garderobę na miejscu. Bogu dzięki gadatliwy nadal tu jest i pomaga zapakować torby do forda. Ruszamy do Artane (Dublin nr 5), gdzie M. i G. czekają z obiadem. Przygarnęli mnie na kilka dni, zanim znajdę mieszkanie. Jestem szczęściarą, nie muszę nocować w hostelu w towarzystwie nieznanych osobników. Kręci mi się w głowie, nie dociera, że właśnie przeprowadziłam się do innego kraju. Czuję się, jakbym wylądowała na obcej planecie. M. mówi, że mieszkańcy Irlandii to kosmici.
Mam pierwsze objawy szoku kulturowego, tylko jeszcze o tym nie wiem. Opuszcza mnie poczucie humoru. Narasta uczucie izolacji, sprzeciwu i odrzucenia tutejszej rzeczywistości. W chorej złości odkrywam, że trawa jest tu mniej zielona, ptaki fałszują, mydło się nie pieni, a w powietrzu wisi lepka wilgoć. Słońce na pewno jest sztuczne. Wkrótce wypadną mi zęby i włosy, a skóra pomarszczy się jak na wyschniętej pomarańczy.
Choroba emigracyjna rozwija się błyskawicznie. Gorączkuję, organizm zachowuje się jak zegarek, w którym pękła sprężyna. Jestem jak Nel wśród białozębych Beduinów przed zażyciem chininy. Piszę przygnębiające listy do Polski. M. obiecuje dać na mszę w Krakowie w mojej intencji. Jak będzie bardzo źle – przyśle helikopter.
Na diagnozę mojego stanu natrafię przypadkiem w internecie.
Pierwszej nocy w Dublinie zasypiam wypróbowanym sposobem. Niezgodnie z zaleceniami lekarzy.


A jak Aisling


Link3491 13.04.2007 :: 14:18 Komentuj (2)

Jej imie znaczy po irlandzku "marzenie" i swietnie do niej pasuje. Jest eteryczna blondynka o slowianskiej urodzie i takiej duszy. Delikatna, romantyczna, wrazliwa. Moja pierwsza irlandzka kolezanka, chodzace zaprzeczenie dublinskich imprezowiczek, ktore jak bohaterki powiesci Jane Austen, koncentruja sie na zlowieniu meza. Moze jej przodkowie przywedrowali na Szmaragdowa Wyspe z szarego kraju nad Wisla? Chce wiedziec wszystko o Polsce: co to byly rozbiory, jaki mamy stosunek do Niemcow i Rosjan, jak wygladaja warszawskie ulice, czy jestesmy bardzo religijni, jak smakuje polska czekolada? Jako jedyna spotkana tu osoba podjela trud nauczenie sie wymowy mojego imienia po polsku, choc nasz jezyk to dla niej jedynie melodyjny szum. Nie znamy sie zbyt dobrze, dzielimy biuro i rozmawiamy znad klawiatur naszych komputerow. Troche sie sobie zwierzamy. Wymyslamy miejsca, ktore razem odwiedzimy: w Dublinie i w Warszawie. Bardzo ja lubie.
Dzis sa urodziny Aisling - nie zdradze, ktore. Nie uprzedzila mnie, wiec nie zdazylam przygotowac lepszego prezentu. Tylko tych kilka slow, zanim wrocisz ze spotkania. Droga Aisling - wszystkiego najlepszego!



A like Aisling

Her name in Irish Gaelic means "dream", "vision", and matches her perfectly. She is an ethereal blonde with a Slav-type appearance and soul. Delicate, romantic, sensitive. My first Irish friend, a walking contradiction of Dubliner havers-of-a-good-time, who focus on catching a husband, just like female characters of Jane Austen's novels. Perhaps her ancestors had arrived in the Emerald Island from a grey country located by the Vistula River? She wants to know everything about Poland: what was the partition period, what is our attitude towards Germans and Russians, what do the Warsaw streets look like, are we very religious, what is the taste of Polish chocolate? She is the only Irish person I met who made the effort to learn the pronunciation of my name in Polish, although our language sounds to her as a melodic hush-hush sequence. We do not know each other very well; we share the office and chat over our computer keyboards. We share small secrets of ours too. We make up places which we are going to visit together - in Dublin and in Warsaw. I like her very much.
Today it is Aisling's birthday - I won't tell you which. She did not tell me about it until today, so I did not have time to prepare a better birthday present. Only these few words, before you come back from a meeting. Dear Aisling - happy birthday to you!

Wielkanoc po irlandzku


Link3490 10.04.2007 :: 21:14 Komentuj (2)

Mówią, że aby zobaczyć prawdziwą Irlandię, trzeba wyjechać
z Dublina. Tego roku Wielkanoc po raz pierwszy w Slieveroe
w hrabstwie Galway, na zachodzie Eire. Świąteczny spacer wokół jeziora Mask, na północ od bardziej znanego jez. Corrib. Irlandzka wiosna w rozkwicie, bez retuszu.
Tak ładna, że acz kiczowata. A zamiast żółtych forsycji -
równie słoneczny posłonek. Błogo, leniwie i beztrosko.
Tu diabeł mówi dobranoc, a raczej - good night : )



















Bardzo sielskie te obrazki Irlandii i niewzniosłe. Z biegiem lat, po wszystkich burzach i chmurach życiowych, ma się jednak ochotę na kawałek łąki, pola i skowronka.

U bukinisty na Temple Bar


Link3490 03.04.2007 :: 22:58 Komentuj (3)



A jak Autoportret


Link3491 02.04.2007 :: 17:44 Komentuj (3)

A gdyby zebrać tak wszystkich w jednym miejscu, w jednym czasie? Zaprosić tych, co już ich nie ma i tych, co dopiero będą? Każdy z Was mieszka w mojej pamięci. Poznajcie się.



Autoportret autorki z czasów dublińskich, 1.04.2007

Ty też możesz pisać!

Kategorie

Irlandia FOTO(7)
Alfabet postaci(2)
Dzienniczek(2)
PocztĂłwki sentymentalne(2)

Archiwum

2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
2013
2012
2011
2010
2009
2008
2007

Zaglądam tu:

doko fotolog
potejstroniewisly
cyniczny blog na obczyźnie
MBA in China

Napisz do mnie


298438

Odwiedzili mnie

Wyślij wiadomość

powered by Ownlog.com & Fotolog.pl